Relacje

Majówka Flamberg 2006 - relacja

Flamberg - droga do zatracenia
Przygoda zaczęła się niepozornie i całkiem standardowo bo od spotkania w karczmie. Centrum Krakopolis tętniło życiem: mnogie stragany z towarami i przekupniami, niezliczeni kuglarze zabawiający żądny taniej rozrywki tłum, czasem patrole strażników miejskich oraz pełno tawern, hacjend oraz podłych spelunek. Właśnie w takiej knajpce grupa podróżnych postanowiła spożyć posiłek oraz przedyskutować ważką misję. Było ich dziesięciu: włóczykij Balduran De Arnise wraz ze swoją lubą Armen; Naimad – małomówny barbarzyńca z zachodnich stepów; błędny rycerz Kristof Dernhest z rodu Eidenfelów razem z oblubienicą Smoczycą; Księżniczka Rybka – władczyni podwodnych miast Althurinnu, prawdziwa szkarłatna krew; Wiedźma – przebiegła i lekko stuknięta zielarka z pobliskiej wioski; Ania – tajemnicza nieznajoma, która przybyła pod eskortą barbarzyńcy; Jok – ascetyczny zakonnik z odległego klasztoru o którym nikt nigdy nie słyszał; Logan – czyli ja, narrator tej powieści, wędrowiec-awanturnik wiecznie szukający zwady i przygody.

Losy tych postaci splotły się z powodu „Flambergu” – mitycznego artefaktu... oj nie! Jeszcze raz: połączyła ich misja wyprawy na „Flamberg” – odwieczny zlot miłośników RPG, plansz, kostek, książek i innych dziwnych rzeczy, które są jeno przykrywką do tajemnych celebracji mrocznych, nieznanych bóstw chaosu. Na bogów! Ktoś przecież musiał poznać ich sekrety i coś z tym zrobić! Temu właśnie miało służyć nasze spotkanie...

Dyskusjom nie było końca, próbowaliśmy wyłonić najbardziej godnych i wykwalifikowanych ludzi, aby zmaksymalizowac powodzenie wyprawy. Niektórzy sami zrezygnowali na wieść o grożących niebezpieczeństwach, biedni dranie – nie mogę mieć im tego za złe, bo kto wie jak by się to wszystko potoczyło gdyby dokonano innego wyboru. Wreszcie, po całym dniu rozpraw doszliśmy do konsensusu: klecha Joku, barbarzyńca Naimad oraz ja - mieliśmy zdecydować o równowadze Światła i Ciemności. Teraz gdy patrzę na to wszystko z dystansem, widzę że od początku byliśmy skazani na porażkę... a może nie.

Pierwszą niedogodnością na jaką trafiliśmy była podróż do odległych Katowic – krainy ogarniętej szarym marazmem, ojczyzną wyrzutków społeczeństwa i sercem moralnego zepsucia. Do dzisiaj przechodzą mi ciarki po plecach gdy o tym myślę. Woźnica nie żałował bata i nie minęło ćwierć dnia jak byliśmy na miejscu. Na nasze szczęście mieliśmy umówionego informatora – raźną elfkę Cydienne, która bezpiecznie przeprowadziła nas przez bardzo nieciekawą Przystań Główną, doprowadziła do kolejnego przystanku i wsadziła do odpowiedniego dyliżansu. Pełni obaw wsiedliśmy i od tej pory nie wiem co się z nią działo, zresztą jak się później okazało to moje podejrzenia co do niej były słuszne, ale o tym dalej... Nastała noc. Duszna atmosfera mroku gęstniała coraz bardziej, a niepokój w nas rósł z każda sekundą, starając się za wszelką cenę wydostać na zewnątrz, jednak jakimś cudem trzymaliśmy go na wodzy. Tylko Jok nie okazywał strachu, wręcz przeciwnie - zdawało się że to miejsce przydaje mu energii, cały czas dowcipkował i wręcz promieniał od środka. Rozejrzałem się dokoła: otaczali nas dziwni ludzie o posępnych, morowych twarzach, wyraźnie unikali mych spojrzeń, Naimad barbarzyńca nie mówił nic... Miałem straszne przeczucia, byłem wręcz pewny, że zbliżamy się do kresu wyprawy, a co za tym idzie – nieuchronnej zguby. Trzymałem jednak pozory, to było najważniejsze – nie zdradzić się. Powoli też zaczynałem rozumieć prawdziwy sens tej misji, tak na prawdę to znałem go od początku, wiedziałem co trzeba zrobić, jednak mój świadomy umysł wzbraniał się tej wiedzy, a teraz naturalne bariery pękały i cel ukazywał mi się w pełnej krasie: miałem zabić wszystkich wyznawców chaosu!

Po bliżej nieokreślonym czasie (straciłem rachubę, chwile z całą pewnością nie płynęły tu normalnym rytmem) powóz zatrzymał się, a drzwi pchane jakąś niewidzialną siłą otworzyły się z łoskotem. Wiedziałem że trzeba wysiąść, mrok mnie przywoływał z ogromną siłą i byłem tego świadom, lecz na wycofanie się z pewnością było już dawno za późno. Szliśmy długo, chyba wieki całe i w dodatku zabłądziliśmy. Niejasne opowieści o rzekomym usytuowaniu „Flambergu” zdały się na nic. Kleryk zaproponował że użyje swoich mentalnych umiejętności i spróbuje jakoś uzyskać pomoc, my nie protestowaliśmy, cel był jasny (przynajmniej dla mnie, bo oczy osiłka z zachodnich krain było nieodgadnione, nie wiedziałem czy mu wierzyć czy nie, ale póki co nie miałem wyboru – musiałem.) Jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, po chwili zjawił się człowiek, który powiedział że musimy z nim iść, bo Tam wszyscy już na nas czekają. Na moje pytanie o imię odrzekł krótko – Gnom, rozmawiał prawie wyłącznie z klechą, od razu rozpoznałem że są w komitywie, bo doskonale się dogadywali. Po drodze przez ułamek sekundy wymieniłem z Naimadem spojrzenia i dostrzegłem iskrę zrozumienia, to mnie przekonało że można mu ufać i nie obawiałem się go. Po kilku minutach marszu, klucząc między alejkami, niespodziewanie naszym oczom ukazał się dwór z napisem „Flamberg” nad wielkimi odrzwiami. Wyrósł tak nagle, że od razu domyśliłem się, że skrywa się pod woalem iluzji, postronny człowiek nie miał tu wejścia.

Aby wkroczyć do tego przybytku, musieliśmy uiścić daninę, a w zamian każdy z nas dostał dziwny amulet, który kazano nam zawsze nosić na wierzchu. Czułem że ma to na celu osłabienie naszej woli, dlatego więc zamiast zakładać, schowałem go do kieszeni. W środku panował istny tumult: ludzie chodzili bez celu w różne strony, zauważyłem też kilka obleganych stoisk z talizmanami, wiedziałem że robię źle, ale postanowiłem jakiś kupić żeby mieć kiedyś fizyczny dowód istnienia tego miejsca. Wziąłem dziwne, małe, kolorowe kostki, wyglądały nawet całkiem ładnie Gdzieniegdzie dla niepoznaki ludzie grali w jakieś gry, rozmawiali i śmiali się, lecz wiedziałem że pod tą przykrywką kryje się zło - kiedy przechodziłem obok nich patrzyli przychylnie i zagadywali wesoło lecz nie dałem się zwieść. Pakunki zostawiliśmy w sali noclegowej, gdzie było już sporo osób lecz bez problemu znaleźliśmy wolne miejsca. Usiadłem na stoliku i zadumałem się, Naimad gdzieś zniknął lecz nie martwiłem się o niego, Joku przysiadł się do mnie i zagadał, że czegoś by się napił... Ha! A to podstępna żmija! – pomyślałem. No ale tak się składało, że akurat miałem butelkę w torbie i w gruncie rzeczy mi też zachciało się pić, więc odrzekłem, że z chęcią wychylę strzemiennego.
- Poczekajmy na osiłka i możemy coś golnąć – rzekłem i wyciągnąłem flaszę na stół.
- Nie sądzisz że trzeba porozmawiać o celu naszej misji?
- O tak. Świetny pomysł. Co robimy? – zgrywałem przed nim głupka, wiedziałem że mnie podpuszcza.
W tym momencie powrócił Naimad. Ku swemu przerażeniu zobaczyłem że na piersi ma przypięty amulet! O nie, on już jest jednym z nich... – krzyknąłem w myśli. Towarzysz rzeczywiście wrócił odmieniony, nagle stał się rozmowny i uśmiechnięty.
- O, widzę że macie coś do picia, można się załapać na kropelkę?
- Oczywiście, siadaj z nami (nadal udawałem).
- Nie tutaj – powiedział zakonnik, tu nam nie wolno, to święte miejsce... poza tym chcę abyście kogoś poznali – uśmiechnął się przebiegle... - chodźcie za mną.

Wyszliśmy z sali i na schodach natrafiliśmy na jakiegoś nawiedzonego gościa. On i Joku bardzo serdecznie się przywitali. Biła od niego aura szczególnego zła, widocznie był tam kimś ważnym, bo nosił na szyi jeszcze kilka innych symboli mocy. Powiedział że zwą go Diabołem – zaiste idealne pomyślałem. Jegomość wzbudził moją podejrzliwość (jak wszystko w tym miejscu) dodatkowo przez brak zęba z przodu i szczególną szpetność. Jak tylko zobaczył butelkę w mych rękach ochoczo zabrał się z nami. Po drodze nawinął się jeszcze jego kolega, którego imienia nie pamiętam. Był chudy i wysoki, wciąż mówił i mówił, ale starałem się być czujny... Zostałem otoczony. Wyznawcy zła byli wszędzie, rozpoznawałem ich po chorym blasku w oczach i amuletach, bałem się że zaraz się na mnie rzucą i rozerwą na strzępy, lecz tak się nie stało. Zwartą grupą wyszliśmy poza posiadłość (wcześniej zakonnik powiedział że jest to święte miejsce, widać nie myliłem się że jest to sanktuarium mrocznych bogów) i stanęliśmy na uboczu. Diabellus wziął ode mnie kordiał i jął otwierać. Korek zaciął się felernie i trzeba było zrobić to sposobem, po kilku minutach szamotaniny butelka została otworzona. Naimad wymigał się chorobą i tylko patrzył jak pijemy. Po kilku rundkach przyznaję, że lekko zakręciło mi się w głowie, reszcie chyba też bo coraz bardziej rechotali i słaniali się. Gadaliśmy o jakiś głupotach. Zaczęli mnie pytać skąd jestem, czym się tak właściwie zajmuję, co lubię i takie tam – tym właśnie odwrócili moją uwagę. Do dziś uważam że był to przełomowy moment tej wyprawy, wtedy właśnie wszystko się zmieniło...

Rozmawialiśmy długo i śmialiśmy się. Atmosfera przerażenia zniknęła całkowicie i poczułem się wręcz wspaniale, jakbym od zawsze należał do tego miejsca. Nagle usłyszałem wzywający mnie głos, wcześniej wydawał mi się straszny, a teraz słodki niczym miód. Pragnąłem się zbliżyć do niego jak najbliżej.
- Już czas na ciebie przyjacielu – powiedział do mnie kleryk i położył rękę na ramieniu - Wielki Pan cię wzywa.
- Musisz do niego pójść, on sprawi, że poczujesz prawdziwą siłę. Staniesz się jednym z nas – rzekł chudy towarzysz.
- Ja już tam byłem, teraz twoja kolej Loganie – powiedział barbarzyńca.
Ich oczy jaśniały zielonkawym blaskiem, a głosy były chrapliwe.
- Wiem że muszę tam iść, On mnie wzywa – mówiłem jak w transie, sam nie będąc przekonanym co do wymawianych słów.
- On jest nieśmiertelny, był i będzie na wieki, jego władza jest nieograniczona, a przybycie nieuchronne – rzekł Diabellus – Aby móc dostąpić jego łaski musisz założyć amulet, to będzie znak że jesteś gotowy dostąpić zaszczytu wielkiej celebracji.

Jak zahipnotyzowany wyciągnąłem z kieszeni płaszcza ukryty tam wcześniej medalik i bez zastanowienia przypiąłem go sobie do piersi. Teraz Moc oświetlała mi drogę, moje ruchy stały się pewne, a umysł przejrzysty jak kryształ. Wszystko stało się nagle takie jasne. Klecha Jok od początku prowadził nas tu jak po sznurku. Wszystko ukartował, umówił ludzi, cały czas wiedział, obserwował i to go tak cieszyło. Niechaj Przedwieczni obdarzą go swym błogosławieństwem.

Teraz istniała dla mnie tylko jedna myśl: jestem jednym z wybrańców Wielkiego Cthulhu. Me serce radowało się i wiedziałem, że to co robię jest dobre. Poczułem żal i nienawiść za razem do ludzi, którzy nie znali słowa Pana, moją misją stało się nawrócić ich na właściwą ścieżkę, tak jak moi przyjaciele nawrócili mnie.

Wróciliśmy wspólnie do świątyni by rozpocząć grand sacrum summonum. W powietrzu unosiły się cienkie nitki przedwiecznej mocy, przenikały nas, ściany pulsowały intensywną zielenią, a wszyscy zgromadzili się w komnacie głównej w wielkim kręgu. To co stało się później niechaj zostanie tajemnicą, lecz może już wkrótce wy również doznacie zaszczytu poznania wielkiego misterium – jeżeli tylko przybędziecie na Flamberg... .
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Konwenty
  • Fantasmagoria
  • Kawaii Time
  • Festiwal Fantastyki Cytadela
  • Sakurakon IV
  • Nyskon 2018
  • Magnificon EXPO
  • Dni Fantastyki 2018
  • Nejiro 9
  • Polcon 2018
  • NiuCon 2018
  • Zakonki 2018
  • Gildia Society

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 kwi 2019, 00:57 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka