Relacje

Żywieckie Dni Fantastyki 2007

Po zaliczeniu dwóch imprez w Marcu (CoolKon i PyrKon) miałem w planach przerwę aż do wakacji, jeśli o konwenty chodzi. Zdarzyło się jednak tak, że znajomy ze studiów dał mi znać o szykującym się konwencie w Żywcu, na dodatek pierwszej jego edycji. Miałem wątpliwości, czy się wybiorę, ale ostatecznie podjąłem decyzję, że tak. Mała prośba do Naimada, aby objąć konwent patronatem... przygotowana prelekcja i zgłoszenie na trzy LARPy... Wyruszyłem więc w te nieznane mi okolice, z rzeczonym znajomym (Rothkiem) oraz jego kumplem (Zielonym)...

Pierwsza myśl po zorientowaniu się w mieście co jest gdzie: wszędzie blisko. Z dworca do szkoły, w której mieliśmy nocować (jeszcze tam nie zachodziliśmy) dosłownie dwie minuty. Ze szkoły do Domu Kultury, gdzie odbywała się większość punktów programu – 15 minut.
Z Domu Kultury do Parku, w którym graliśmy LARPy – kolejne 10... Pod tym względem Żywiec ma wielki plus, którego brakuje innym konwentom – na dodatek miasto jest po prostu ładne i przestronne. A okolice również śliczne.

No ale na konwenty nie jeździ się, żeby podziwiać widoki i chwalić kwestie logistyczne. Doszliśmy do MCK i okazało się, że będzie trzeba uiścić opłatę... o której wcześniej nie było mowy. Jej wartość nie była jednak porażająca (6 złotych), więc nie zepsuło to początku wizyty. Po zrzuceniu rzeczy w MCK poszedłem rozejrzeć się po obiekcie. Do naszej dyspozycji był on oddany od godziny 10.00 do mniej więcej 20.00, 21.00. Przede wszystkim rzucała się w oczy spora sala prelekcyjna (z porządną sceną i siedzeniami), w której toczyły się potyczki w bitewniaki. Obok było spore pomieszczenie (planowo, jeśli dobrze pamiętam, stołówka) oraz niewielki Games Room (raptem trzy stoliki i parę gier, ale był Jungle Speed i Wiochmen Rejser, co jest rzadkością). Do tego nieduży pokój służący za szatnię. Poza tym budynek miał dwa piętra (na których nie byłem ani razu, bo po prostu nie brałem udziału ani w sesjach ani w konkursach) oraz dwa boiska, na których swoje pokazy odbywało w sobotę Bractwo Rycerskie... o czym później. Ogólnie rzecz biorąc – ładny obiekt, choć brakowało trochę większych sal oraz łazienek... ale to da się wybaczyć.

Przydałoby się powiedzieć parę słów o Parku, który odwiedziłem tego samego dnia, już po zmroku wraz z grupą graczy w celu rozegrania LARPa Fallout/Neuroshima (prowadzonego przez Rothka i Zielonego). Jest to na pewno bardzo ciekawe miejsce do grania – 2ha porządnego, zadbanego i ładnego parku, z świetną wieżyczką pośrodku i „zamkiem” (właściwie to dworkiem). Wyglądał po prostu pięknie w ciągu dnia. Ale warto wspomnieć o LARPie, który dla mnie właściwie zainaugurował imprezę. Był on przede wszystkim chrztem bojowym dla mojej postaci – Łowcy Mutantów z Salt Lake City imieniem Malachiasz. I co tu dużo mówić – bawiłem się świetnie. LARP był ciekawie prowadzony, fabularnie interesujący, gracze dopisali a moja postać okazała się być udaną. Plus dla chłopaków – bardzo dobrze wyszło.

Wróciliśmy wieczorem do Szkoły, gdzie przed LARPem zostawiliśmy rzeczy. Ekipa zżyła się szybko – w jednym pomieszczeniu wylądowali ludzie głównie z Bielska-Białej, Czechowic-Dziedzic oraz ja. Nie miałem żadnych problemów, aby nawiązać z tą grupą kontaktu – jeśli chodzi o ranking ludzi, których poznałem na konwentach, to zdecydowanie zajmują czołówkę. W sympatycznej atmosferze rozłożyłem Shadows over Camelot i zaprosiłem do gry. Resztę wieczoru spędziłem właśnie tak, przysłuchując się grającym obok w Barona Munchausena...

Jak to bywa na konwentach nie spałem dużo – tylko (dla niektórych aż) 5 godzin. Zważając jednak na to, że i w domu czasami tyle sypiam, obudziłem się dość rześki. O 9.30 staliśmy już pod MCK i czekaliśmy na otwarcie obiektu. Znów ten sam rytuał – zrzucenie rzeczy w szatni i hajże na sale. Miałem do przeprowadzenia prelekcję o LARPach, która opóźniła się o pół godziny, ale została wygłoszona. Co prawda audytorium nie należało do wielkich, a ludzi kompletnie nie zorientowanych w LARPach można było policzyć na palcach jednej ręki... ale ogólnie rzecz biorąc chyba się podobało. Trochę przeszkadzał fakt, że w tle nadal grano
w bitewniaki, ale byłem wyposażony w mikrofon, więc dałem rady.

Zaraz potem wyskoczyliśmy pooglądać popisy bractwa rycerskiego... były to niestety, tylko „popisy”. Prawda, sprzętu było dużo, można było pooglądać ale pojedynki były dosyć nieciekawe i wyglądały jakby były prowadzone kompletnie od niechcenia... może jednak miałem takie wrażenie, bo po prostu jestem przyzwyczajony do innego opancerzenia i w związku z tym szybszych walk...

Trzeba było wkrótce po tym zbierać się na Parkon, LARP który był chyba główną atrakcją konwentu. Zdążyłem jeszcze rozegrać jedną partię SoC (ta gra mi się nie nudzi!) i zjeść pizzę w ramach obiadu... Wdziałem kolczugę i hełm oraz ruszyłem wraz z resztą do Zamku, gdzie mieliśmy rozpocząć grę. Cóż mogę powiedzieć – kolejny bardzo udany LARP. Znów: dopisali ludzie, podobała się fabuła i rola, nie było nudno. MG byli trochę niezadowoleni, bo fabuła potoczyła się nie po ich myśli... ale i tak uważam, że było świetnie.

Powrót do MCK po rzeczy, potem standardowy marsz do szkoły... i kolacja w pobliskiej knajpce. Miałem brać udział jeszcze w LARPie Wampirowym, ale po prostu nie starczyło już pary... tym bardziej, że przy graniu Parkonu obiłem sobie pewne miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę i po prostu uraz bolał mnie przy chodzeniu. Wieczór spędziłem poznając kult niejakiego Franka (Orkonowcy powinni wiedzieć, o co chodzi) i grając wpierw w SoC, następnie zaś w Barona Munchausena...

Niedziela jak to zazwyczaj bywa była dniem na pakowanie się i pożegnania. Spotkała nas przy powolnym porannym pakowaniu manatków niemiła niespodzianka w postaci wymogu dopłacenia dodatkowych pięciu złotych za nocleg... Tego też nie było w planie, ale to w końcu niewielkie pieniądze...

Przyszedł czas na parę uwag ogólnych i podsumowanie. Konwent oceniam na pewno bardzo pozytywnie, złożyło się na to kilka czynników, w tym świetna lokalizacja, ekipa i LARPy. Czego zabrakło? Miałem wrażenie, że MCK był wciąż pusty. Właściwie tylko hol karciarzy
i sala z bitewniakami były ciągle oblegane, być może pokoje przeznaczone dla sesji RPG też, ale tego nie sprawdziłem. Warunki sanitarne – dość standardowe, typowe WC, jak to
w szkołach. Brakowało trochę zapewnionego łatwego dostępu do jedzenia, ale że zaraz obok były knajpy oraz Tesco, to jakoś nie dało się to we znaki. Przyjezdny sklep Gnom również się nie popisał – mieli mało gier, do tego jakieś pojedyncze figurki do bitewniaków... mnie to osobiście nie przeszkadzało, ale zdaję sobie sprawę z tego, że paru ludzi mogło psioczyć. Nie było też właściwie ochrony, którą to rolę pełniła część organizatorów. Nie była ona potrzebna tym razem, ale wraz z rozpropagowaniem imprezy będzie to na pewno konieczne.

Pozostaje mi pogratulować konwentu organizatorom i liczyć na kolejne jego edycje. Choć trochę „wybrakowany”, jest to świetny start dla zorganizowanego Żywieckiego (i około-Żywieckiego) fandomu. Daję 7/10, ale zaznaczam, że nie porównuję go do innych konwentów (w końcu dopiero się pojawił na mapie) i że bawiłem się na 9/10.
KOMENTARZE (1) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
~Nicram 6 paź 2007, 09:47
Park ma 26 ha (a nie 2ha :P) i jest to największy w Polsce park krajobrazowy w stylu angielskim.

Dzięki za relację ;] W kwietniu 2008 kolejna edycja, już teraz zapraszam :)
  • Konwenty
  • Fantasmagoria
  • Kawaii Time
  • Festiwal Fantastyki Cytadela
  • Sakurakon IV
  • Nyskon 2018
  • Magnificon EXPO
  • Dni Fantastyki 2018
  • Nejiro 9
  • Polcon 2018
  • NiuCon 2018
  • Zakonki 2018
  • Gildia Society

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 19 lut 2019, 11:28 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka